Page 41 of 45

Mucha.

Po pokoju lata mucha (zielony metalic). Siada na klawiaturze, na monitorze, na rękach. Bydle jakieś oswojone, bo zupełnie się nie boi. No to się zjeżyłem. Zacząłem ją ganiać z zamiarem złapania i wyrzucenia za okno. Ale skubana tak zawsze siądzie, że ni cholery nie mogę jej capnąć.

Po dziesiątej próbie brat mówi “Dobra, ja ją złapię”, wstaje z wyrka, łapie muchę w locie i wywala za okno.

Obraziłem się. 😐

Niedziela będzie dla nas…

Zeszłotygodniowy wypad na wystawę Beksińskiego nie powiódł się z powodów niezależnych. Odbiłem to sobie dzisiaj i… podobało mi się. 🙂 Choć przyznać muszę, że jego najnowsze prace podobają mi się znacznie mniej niż stare, jak je określa – metafizyczne pejzaże. Na szczęście było trochę jednych i drugich. 🙂

Po Szczecinie biegają. Ulice poblokowane. Pełno policji i wojska. Strach się bać. Na zamku też jakaś impreza, ale już nie wnikałem, bo robota czeka.

I ciekawostka z podróży. Stoję sobie na przejściu dla pieszych. Czerwone światło. Nie żeby mi to kiedykolwiek przeszkadzało, ale skoro jeden policjant stoi o pół metra ode mnie, a drugi po przeciwnej stronie ulicy, to udam porządnego obywatela. Samochody też mają czerwone (to skomplikowane skrzyżowanie było). Nadjeżdża rowerzysta. Hamuje. Zatrzymuje się dopiero na środku pasów i stoi. W pewnym momencie mówi: “Co ty k[wulg] robisz?” Ze zdziwieniem podążam za jego wzrokiem i widzę samochód przedzierający się przez to skomplikowane skrzyżowanie w sposób ultraniedozwolony. Ot, gdzie się dało, wjechał pod prąd. Odważniejszy był ode mnie. 🙂

Wieczór przyjemności.

Na wpół siedząc, na wpół leżąc na moim nowym, wygodnym fotelu, z kotem rozciągniętym na brzuchu, wbijającym pazurki w obojczyk i mruczącym wniebogłosy, zakończyłem oglądanie filmu, który wprawił mnie w bardzo dobry nastrój i zaraz położę się spać. To tyle chciałem napisać. 🙂

Dzień rozpusty.

Oooo… Uuuuuu… Aaaaa… jak przyjemnie… Jak wygodnie… Tak to ja mogę całymi dniami… Normalnie co nowy fotel, to nowy fotel. I oparcie ma. I można się o nie oprzeć. Koniec z bólami kręgosłupa i kręgokolumny. Ciekawe czy nadaje się do spania. 🙂

Zrypany.

Dzisiaj ledwie żyję. Wszystko mnie boli. Dawno nie byłem taki połamany i zmasakrowany.
Obawiam się, że rano z wstawania nici.
Ale nic to, zaciskam zęby, po raz kolejny czytam, że lubię być zrypany po treningu (tak, tak, sam to napisałem – człowiek to czasami takie farmazony opowiada) i cieszę się. Bo co mi pozostało? Skakać z radości jednak nie będę. Nogi mnie bolą. 😉

Śpię.

Przed sobą widzę duży, niestarannie ociosany z kory bal drewna. Przy nim siedzi Chłopiec. Chudy blondyn w szarym, zniszczonym ubraniu. W oczach widać wesołe iskierki. Wstaje i zaczyna ciągnąć kawał drewna, który jest prawie tak duży jak on sam. – Po co Ci to drewno? – pytam. Zamiast odpowiedzi opowiada mi o tym, że mieszka na zamku. Jego ojciec pracuje na ostatnim piętrze. W oczach nagle pojawia się strach; – Muszę lecieć – rzuca i zaczyna wlec drewno w kierunku zamku. Zamek jest wielki i ponury. Wydaje się być zupełnie pusty. Mimo to nie jest zaniedbany. Jest za spokojny i zbyt cichy. Pomagam Chłopakowi. Prowadzi mnie przez bramę, dziedziniec, a potem na prawo, do drzwi. Idziemy cały czas w górę, schodami, mijając komnaty i korytarze. Drewno zupełnie przestało nam ciążyć. Chłopiec wygląda na coraz bardziej zmęczonego i zdenerwowanego. Coś złego stanie się jeśli ojciec nie dostanie drewna na czas. W końcu dochodzimy na szczyt schodów. Przed nami rozpościera się długi, szeroki korytarz z mnóstwem drzwi na każdej ze ścian. Ostatnie po prawej stronie otwierają się. Wychodzi z nich człowiek. Ojciec Chłopca. Spogląda na nas i na drewno, które przynieśliśmy, macha do nas ręką po czym odwraca się i znika w komnacie, z której wyszedł. W jakiś sposób wiem, że tak właśnie ma być. Chłopiec łapie za drewno i rzuca się w drogę, którą przyszliśmy. – Szybko, mamy mało czasu – ponagla. Zbiegamy w dół mijając te same komnaty i korytarze. Wybiegamy na dziedziniec. Obiegamy budowlę i znikamy w drzwiach po drugiej stronie. Znowu schody, komnaty, korytarze. Spieszymy się. Chłopiec jest coraz smutniejszy i bardziej zmęczony. W chwili gdy dobiegamy na szczyt, do małej komnatki z jedynymi drzwiami na przeciwnej od schodów ścianie, następuje przemiana. Wprost czuję jak Chłopca i kawałek drewna wypełnia energia. Chłopiec znowu jest tym radosnym, uśmiechniętym dzieckiem, które widziałem na początku. – Co jest za tymi drzwiami? – pytam. – Tam pracuje mój ojciec – słyszę w odpowiedzi. Otwieram drzwi i zaglądam do środka. Jestem po przeciwnej stronie korytarza, do którego doszliśmy poprzednimi schodami. W oddali widzę Chłopca. Stoi z kawałkiem drewna, tak jak niedawno staliśmy oboje. Z tamtego miejsca nie widać drzwi, z których wyglądam. Jestem pewien, że stamtąd ich po prostu nie ma. Po mojej lewej stronie, niespełna dwa metry ode mnie, otwierają się drzwi. Wychodzi z nich ojciec Chłopca. Jest wysoki, szczupły, zasuszony. Przez otwarte drzwi zaglądam do wnętrza komnaty. Widzę tylko fragment zastawiony dziwnymi, drewnianymi maszynami i stosami papierów. Ojciec odwraca się w stronę chłopca, uśmiecha się i macha do niego. Stoi tak jeszcze przez chwilę, po czym wraca by zamknąć się w swojej komnacie. Chłopiec po drugiej stronie korytarza zbiega po schodach. Zamykam drzwi i odwracam się do Chłopca, który stoi za mną. – Dlaczego tak? – Tylko w ten sposób mogę zobaczyć się z ojcem. – Ale on jest tuż za ścianą. Choć, zaprowadzę cię. Łapię Chłopca za rękę i próbuję przeciągnąć przez drzwi. Wyrywa się z krzykiem i zbiega w dół schodów. Przez chwilę słucham jeszcze tupotu jego stóp. Gdy milknie, wychodzę na korytarz i otwieram drzwi do komnaty jego ojca. W komnacie, dookoła stołu zastawionego dziwnymi urządzeniami wirują cztery niewyraźne postacie. Ani śladu ojca…

Guilty.

Co ja im takiego zrobiłem, że codziennie zrywają mnie z wyra o tak barbarzyńskiej porze?

Rozumiem telefon, zniosę kosiarki, ale piknik dla przedszkolaków to już lekka przesada. To chyba niezgodne z Konwencją Genewską.

Ogórek, ogórek, ogórek,
Zielony ma garniturek…