Category: Blog

Mucha.

Po pokoju lata mucha (zielony metalic). Siada na klawiaturze, na monitorze, na rękach. Bydle jakieś oswojone, bo zupełnie się nie boi. No to się zjeżyłem. Zacząłem ją ganiać z zamiarem złapania i wyrzucenia za okno. Ale skubana tak zawsze siądzie, że ni cholery nie mogę jej capnąć.

Po dziesiątej próbie brat mówi “Dobra, ja ją złapię”, wstaje z wyrka, łapie muchę w locie i wywala za okno.

Obraziłem się. 😐

Niedziela będzie dla nas…

Zeszłotygodniowy wypad na wystawę Beksińskiego nie powiódł się z powodów niezależnych. Odbiłem to sobie dzisiaj i… podobało mi się. 🙂 Choć przyznać muszę, że jego najnowsze prace podobają mi się znacznie mniej niż stare, jak je określa – metafizyczne pejzaże. Na szczęście było trochę jednych i drugich. 🙂

Po Szczecinie biegają. Ulice poblokowane. Pełno policji i wojska. Strach się bać. Na zamku też jakaś impreza, ale już nie wnikałem, bo robota czeka.

I ciekawostka z podróży. Stoję sobie na przejściu dla pieszych. Czerwone światło. Nie żeby mi to kiedykolwiek przeszkadzało, ale skoro jeden policjant stoi o pół metra ode mnie, a drugi po przeciwnej stronie ulicy, to udam porządnego obywatela. Samochody też mają czerwone (to skomplikowane skrzyżowanie było). Nadjeżdża rowerzysta. Hamuje. Zatrzymuje się dopiero na środku pasów i stoi. W pewnym momencie mówi: “Co ty k[wulg] robisz?” Ze zdziwieniem podążam za jego wzrokiem i widzę samochód przedzierający się przez to skomplikowane skrzyżowanie w sposób ultraniedozwolony. Ot, gdzie się dało, wjechał pod prąd. Odważniejszy był ode mnie. 🙂

Wieczór przyjemności.

Na wpół siedząc, na wpół leżąc na moim nowym, wygodnym fotelu, z kotem rozciągniętym na brzuchu, wbijającym pazurki w obojczyk i mruczącym wniebogłosy, zakończyłem oglądanie filmu, który wprawił mnie w bardzo dobry nastrój i zaraz położę się spać. To tyle chciałem napisać. 🙂

Dzień rozpusty.

Oooo… Uuuuuu… Aaaaa… jak przyjemnie… Jak wygodnie… Tak to ja mogę całymi dniami… Normalnie co nowy fotel, to nowy fotel. I oparcie ma. I można się o nie oprzeć. Koniec z bólami kręgosłupa i kręgokolumny. Ciekawe czy nadaje się do spania. 🙂

Zrypany.

Dzisiaj ledwie żyję. Wszystko mnie boli. Dawno nie byłem taki połamany i zmasakrowany.
Obawiam się, że rano z wstawania nici.
Ale nic to, zaciskam zęby, po raz kolejny czytam, że lubię być zrypany po treningu (tak, tak, sam to napisałem – człowiek to czasami takie farmazony opowiada) i cieszę się. Bo co mi pozostało? Skakać z radości jednak nie będę. Nogi mnie bolą. 😉

Śpię.

Przed sobą widzę duży, niestarannie ociosany z kory bal drewna. Przy nim siedzi Chłopiec. Chudy blondyn w szarym, zniszczonym ubraniu. W oczach widać wesołe iskierki. Wstaje i zaczyna ciągnąć kawał drewna, który jest prawie tak duży jak on sam. – Po co Ci to drewno? – pytam. Zamiast odpowiedzi opowiada mi o tym, że mieszka na zamku. Jego ojciec pracuje na ostatnim piętrze. W oczach nagle pojawia się strach; – Muszę lecieć – rzuca i zaczyna wlec drewno w kierunku zamku. Zamek jest wielki i ponury. Wydaje się być zupełnie pusty. Mimo to nie jest zaniedbany. Jest za spokojny i zbyt cichy. Pomagam Chłopakowi. Prowadzi mnie przez bramę, dziedziniec, a potem na prawo, do drzwi. Idziemy cały czas w górę, schodami, mijając komnaty i korytarze. Drewno zupełnie przestało nam ciążyć. Chłopiec wygląda na coraz bardziej zmęczonego i zdenerwowanego. Coś złego stanie się jeśli ojciec nie dostanie drewna na czas. W końcu dochodzimy na szczyt schodów. Przed nami rozpościera się długi, szeroki korytarz z mnóstwem drzwi na każdej ze ścian. Ostatnie po prawej stronie otwierają się. Wychodzi z nich człowiek. Ojciec Chłopca. Spogląda na nas i na drewno, które przynieśliśmy, macha do nas ręką po czym odwraca się i znika w komnacie, z której wyszedł. W jakiś sposób wiem, że tak właśnie ma być. Chłopiec łapie za drewno i rzuca się w drogę, którą przyszliśmy. – Szybko, mamy mało czasu – ponagla. Zbiegamy w dół mijając te same komnaty i korytarze. Wybiegamy na dziedziniec. Obiegamy budowlę i znikamy w drzwiach po drugiej stronie. Znowu schody, komnaty, korytarze. Spieszymy się. Chłopiec jest coraz smutniejszy i bardziej zmęczony. W chwili gdy dobiegamy na szczyt, do małej komnatki z jedynymi drzwiami na przeciwnej od schodów ścianie, następuje przemiana. Wprost czuję jak Chłopca i kawałek drewna wypełnia energia. Chłopiec znowu jest tym radosnym, uśmiechniętym dzieckiem, które widziałem na początku. – Co jest za tymi drzwiami? – pytam. – Tam pracuje mój ojciec – słyszę w odpowiedzi. Otwieram drzwi i zaglądam do środka. Jestem po przeciwnej stronie korytarza, do którego doszliśmy poprzednimi schodami. W oddali widzę Chłopca. Stoi z kawałkiem drewna, tak jak niedawno staliśmy oboje. Z tamtego miejsca nie widać drzwi, z których wyglądam. Jestem pewien, że stamtąd ich po prostu nie ma. Po mojej lewej stronie, niespełna dwa metry ode mnie, otwierają się drzwi. Wychodzi z nich ojciec Chłopca. Jest wysoki, szczupły, zasuszony. Przez otwarte drzwi zaglądam do wnętrza komnaty. Widzę tylko fragment zastawiony dziwnymi, drewnianymi maszynami i stosami papierów. Ojciec odwraca się w stronę chłopca, uśmiecha się i macha do niego. Stoi tak jeszcze przez chwilę, po czym wraca by zamknąć się w swojej komnacie. Chłopiec po drugiej stronie korytarza zbiega po schodach. Zamykam drzwi i odwracam się do Chłopca, który stoi za mną. – Dlaczego tak? – Tylko w ten sposób mogę zobaczyć się z ojcem. – Ale on jest tuż za ścianą. Choć, zaprowadzę cię. Łapię Chłopca za rękę i próbuję przeciągnąć przez drzwi. Wyrywa się z krzykiem i zbiega w dół schodów. Przez chwilę słucham jeszcze tupotu jego stóp. Gdy milknie, wychodzę na korytarz i otwieram drzwi do komnaty jego ojca. W komnacie, dookoła stołu zastawionego dziwnymi urządzeniami wirują cztery niewyraźne postacie. Ani śladu ojca…

Guilty.

Co ja im takiego zrobiłem, że codziennie zrywają mnie z wyra o tak barbarzyńskiej porze?

Rozumiem telefon, zniosę kosiarki, ale piknik dla przedszkolaków to już lekka przesada. To chyba niezgodne z Konwencją Genewską.

Ogórek, ogórek, ogórek,
Zielony ma garniturek…