Przygotowując herbatę należy zdecydować czy ma ona być z mlekiem, czy z sokiem malinowym.
Category: Blog
Sport to zdrowie.
Aby zachować gibkość ciała i sprężystość mięśni postanowiłem na poważnie zająć się uprawianiem sportów.
Dyscypliny, którym zamierzam się poświęcić to Clubbing i Drinking. Nie są to co prawda dyscypliny olimpijskie, ale zdobywają ostatnimi czasy coraz więcej zwolenników na całym świecie i wierzę iż niebawem zostaną włączone do ich grona.
Treningi Drinkingu odbywają się każdego wieczora. Zimą w pomieszczeniach zamkniętych, w cieplejsze dni na świeżym powietrzu. Clubbing trenować najlepiej w piątki i soboty wieczorem. A co najważniejsze, treningi Clubbingu można w bardzo prosty i efektywny sposób łączyć z treningami Drinkingu. Połączenia takie wpływają korzystnie na wyniki osiągane w obu dyscyplinach.
Zaznaczyć należy także przystępną cenę osprzętu i wynajmu sal treningowych.
Urosłem!
Z powodu wizyty dziadka i odwiecznego pytania “No to który wyższy?” nastąpił oficjalny pomiar osoby mojej i brata. I choć ze smutkiem muszę przyznać iż brat posiada o jeden centymetr więcej (ach ci młodzi), to radością napawa mnie fakt iż od dzisiaj mam nie 180 a 183 centymetry wzrostu. Tym bardziej radosna to nowina iż od teraz niektóre O.soby mogą spokojnie zakładać swoje ośmiocentymetrowe obcasy. 🙂
Tłumaczy to także odnotowany ostatnio przyrost masy, z odwiecznych siedemdziesięciu kilogramów do siedemdziesięciu trzech. A już zaczynałem się martwić o linię. 😉
Ci wspaniali dorośli i ich ryczące pociechy.
Dzieci się do mnie lepią… Dlaczego? Ja ich tak nie lubię. A one nic sobie z tego nie robiąc, włażą na mnie, wieszają się na rękach, każą się nosić, huśtać…
Szlag by je trafił. 🙂
To pewnie dlatego, że dzieci w większym stopniu niż na słowa, reagują na uczucia. Dorosłemu wystarczy w odpowiednich warunkach powiedzieć “Jesteś cudowna, kocham cię, chcę być z tobą na zawsze” i już czeka nas gorączka sobotniej nocy.
Potem zapinając rozporek rzucamy pożegnalne “Wiesz, jednak nie pasujemy do siebie” i przechodzimy do następnego zadania.
Dziecko w takiej sytuacji powiedziałoby “Co ty mi tu pier[wulg]?”.
Biedni trochę ci dorośli.
Co mam zrobić, żeby dzieciaki się mnie bały?
Grrr…
Fachowcy.
Panowie (i panie) z Wiejskiej nagle wpadli na genialny pomysł.
– Utwórzmy rząd fachowców – wołają.
To kto do [wulg] nędzy rządził nami do tej pory?
No, a wczoraj…
…to miałem napisać jak mi się fajnie jeździło na rowerku. Dzisiaj już mi się nie jeździło, bo słonko jakoś tak zza chmurek przyświeca, więc o smażeniu dupska na pomoście nie ma mowy. A to właśnie ten wątek kulinarny najbardziej mnie pociąga.
Wczoraj natomiast było pięknie. Wstąpiłem więc na działo, spojrzałem na pole… Khę, na rower znaczy wstąpiłem. I pojechałem. Dziesięć kilometrów pękło w czasie tylko o pięć minut dłuższym niż najlepszy czas z zeszłego roku. Nieźle jak na pierwszy raz.
Do jeziora dotarłem nawet niezbyt zmęczony. Znalazłem swój ulubiony pomost, a właściwie to co z niego po zimie zostało. Przywiązałem konia do drzewa i dawaj stąpać ostrożnie po przegniłych i ruchomych deskach.
Aż tu nagle, w połowie długości ‘pomostu’ (lub raczej rozpadającej się ‘drabiny’, po której wchodzi się na szerszy fragment na końcu) natknąłem się na metrowej długości zaskrońca. 🙂 Leżało sobie bydle owinięte wokół deski i wygrzewało błyszczący grzbiet na słońcu. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie badawczo. Nie mogłem go przeskoczyć, a i na ‘jego’ desce wolałem nie stawać, bo gdyby się trochę obsunęła, z metrowego zaskrońca zrobiłbym dwa półmetrowe. Ruch należał do niego. Spokojnie odwinął się od deski, pokonał dzielącą nas odległość, prześliznął sprawnie po moich nogach i ułożył wygodnie 2 kroki za mną. 🙂 Miło z jego strony. Ja natomiast doszedłem do końca pomostu, gdzie korzystając z zerowej frekwencji w okolicy poddałem się obsmażaniu w całej swej bladej okazałości. Po 40 minutach zaskroniec osiągnął odpowiednią temperaturę, aby zanurzyć się w chłodnej jeszcze wodzie, przepłynął obok mnie i skierował ku przeciwnemu brzegowi jeziora. Całkiem fajny ten zaskroniec.
Ja doczekałem do pełnej godziny, spakowałem manatki (znaczy się ubrałem, co miałem) i ruszyłem w drogę powrotną. W domku zażyłem prysznica, po czym pojechałem na sesję zdjęciową połączoną z degustacją modeli. Gdy wróciłem i zrzuciłem górną część garderoby, okazało się, że brzuch pokryty mam dziwnymi, czerwonymi kropkami. Hmm… Ja wiem, że to pierwsze moje smażenie w tym roku. Wiem, że słońce jakieś niezdrowe ostatnimi czasy. Ale tak od razu? Kropki? No ej, bez przesady. Zmartwiłem się lekko, bo nie lubię mieć ponadplanowych kropek. I tak mam ich sporo. Szczęśliwie po jakimś czasie doznałem olśnienia – objawienia. Kropki to nie żaden parch. Można mnie spokojnie dotykać. 🙂 To są po prostu drzazgi wyniesione z pomostu. Malutkie takie. 🙂
Cieszę się, że na nim nie siedziałem. 😛
Buczyfak.
Fak, komputer mi buczy. Wyje głośniej niż odkurzacz. Wiatraki się pozapychały od kurzu. Trzeba coś z tym zrobić, bo nie idzie się skupić. 🙂
Kierowany wieloletnim doświadczeniem zdaję sobie sprawę iż z komputerem jak z kobietą (wystarczy rozebrać, przedmuchać i od razu działa lepiej). Rzucam się więc ze śrubokrętem pod stół.
Zasilacz po kilku kopniakach buczeć przestaje.
Teraz karta graficzna.
Wyciągamy, odkręcamy śmigło… Radiator cały zafajdany grubymi, kurzowymi kotami. Standardowo najpierw wkładam palec (w tym przypadku nie pośliniony).
– Oops! Ostre.
Palec zaczyna ociekać krwią. 🙂 Hmm… Cieknie jak z zarzynanej świni. Skąd w nim tyle tego? Trzeba załatać.
Nie żeby to jakaś straszna rana była. Łatam bardziej z powodów higienicznych – w komputerze straszny syf, lepiej żeby się to do palca nie dostało; Estetycznych – jeszcze trochę będę grzebał, nie chcę mieć zakrwawionego komputera; Elektrycznych – krople krwi na ścieżkach mogą spowodować zwarcie. 🙂
Po kilku minutach walki z szufladami znajduję rolkę plastra. Przyklejam kawałek do kciuka (to on jest ranny) i chwytam nożyczki aby uwolnić się od rolki. I tutaj czeka mnie kolejny zonk. Dziurawy kciuk jest na czubku prawej ręki. Nożyczki kiepsko działają w lewej. Nóż za tępy…
– Ciekawe czy na rolkę plastra przyklejoną do kciuka można wyrwać jakieś fajne laski?
Na szczęście nie muszę sprawdzać. Po kilku minutach obmyślania taktyki ‘podrywu na plaster’ zabawa kończy się za sprawą noża do tapet. Uff…
Wracamy do kompa. Wiatrak na karcie graficznej jest do bani. On już nie będzie chodził cicho. Musi odejść. Z pudła na segmencie wydobywam mniejsze pudełko wypełnione wiatrakami i radiatorami. Trochę się tego nazbierało. Dobieram sobie model, który jest tylko trochę za duży a ciągle w miarę sprawny i… potrzebujemy kleju. Kropelka? Wyschła. Super Glue? Też zdechł. Poxipol? Jest jeszcze odrobina. Najpierw wymieszać (śmierdzi paskudnie), potem nałożyć i trzymamy. 5 minut, dziesięć, jeszcze tylko pięć… Ding! Dong! Bzzzrwzzz! Uuuaaaa! Co za cholera?
– Dzień dobry, jesteśmy przedstawicielami firmy ubezpieczeniowej [biiip] i chcielibyśmy…
– Grrrr…
– Do widzenia.
Swoją drogą, jaka miła pani. A ja taki półnagi, z nieogoloną piersią.
Czyścimy, mieszamy, nakładamy, trzymamy. 5 minut, dziesięć, piętnaście. Ok. Jeszcze tylko poskładać to pudło i odpalamy. (…) Hę, działa! Ja to jednak zdolny jestem. 🙂
No to napiszemy sobie bloga.
Piękny dzień.
Niby Dzień Dziecka to taki piękny dzień. Pod warunkiem, że nie mieszka się obok przedszkola.
Ogórek, ogórek, ogórek… rrwa!
Ostatni wpis majowy.
Miałem tutaj opisać moje dzisiejsze wrażenia z porannego wypadu rowerowo nasłoneczniającego, ale doszedłem do wniosku, że opiszę je jutro. Bo i tak za godzinę znikną i nikt ich nie będzie chciał czytać. 🙂
Słonko świeci…
…deszczyk nie pada. Nic tylko wyjść pobrykać, jak to tygryski lubią najbardziej. Ale nie, przecież trzeba siedzieć przed tym cholernym monitorem, klepać te durne klawisze i przypiekać oki promieniowaniem. Masz ci los.
Ale jutro to już na pewno rowerek wyciągnę i przez lasy pognam. Bo co w końcu, kurde blade, wiosna przyszła, czy nie?