Fak, komputer mi buczy. Wyje głośniej niż odkurzacz. Wiatraki się pozapychały od kurzu. Trzeba coś z tym zrobić, bo nie idzie się skupić. 🙂
Kierowany wieloletnim doświadczeniem zdaję sobie sprawę iż z komputerem jak z kobietą (wystarczy rozebrać, przedmuchać i od razu działa lepiej). Rzucam się więc ze śrubokrętem pod stół.
Zasilacz po kilku kopniakach buczeć przestaje.
Teraz karta graficzna.
Wyciągamy, odkręcamy śmigło… Radiator cały zafajdany grubymi, kurzowymi kotami. Standardowo najpierw wkładam palec (w tym przypadku nie pośliniony).
– Oops! Ostre.
Palec zaczyna ociekać krwią. 🙂 Hmm… Cieknie jak z zarzynanej świni. Skąd w nim tyle tego? Trzeba załatać.
Nie żeby to jakaś straszna rana była. Łatam bardziej z powodów higienicznych – w komputerze straszny syf, lepiej żeby się to do palca nie dostało; Estetycznych – jeszcze trochę będę grzebał, nie chcę mieć zakrwawionego komputera; Elektrycznych – krople krwi na ścieżkach mogą spowodować zwarcie. 🙂
Po kilku minutach walki z szufladami znajduję rolkę plastra. Przyklejam kawałek do kciuka (to on jest ranny) i chwytam nożyczki aby uwolnić się od rolki. I tutaj czeka mnie kolejny zonk. Dziurawy kciuk jest na czubku prawej ręki. Nożyczki kiepsko działają w lewej. Nóż za tępy…
– Ciekawe czy na rolkę plastra przyklejoną do kciuka można wyrwać jakieś fajne laski?
Na szczęście nie muszę sprawdzać. Po kilku minutach obmyślania taktyki ‘podrywu na plaster’ zabawa kończy się za sprawą noża do tapet. Uff…
Wracamy do kompa. Wiatrak na karcie graficznej jest do bani. On już nie będzie chodził cicho. Musi odejść. Z pudła na segmencie wydobywam mniejsze pudełko wypełnione wiatrakami i radiatorami. Trochę się tego nazbierało. Dobieram sobie model, który jest tylko trochę za duży a ciągle w miarę sprawny i… potrzebujemy kleju. Kropelka? Wyschła. Super Glue? Też zdechł. Poxipol? Jest jeszcze odrobina. Najpierw wymieszać (śmierdzi paskudnie), potem nałożyć i trzymamy. 5 minut, dziesięć, jeszcze tylko pięć… Ding! Dong! Bzzzrwzzz! Uuuaaaa! Co za cholera?
– Dzień dobry, jesteśmy przedstawicielami firmy ubezpieczeniowej [biiip] i chcielibyśmy…
– Grrrr…
– Do widzenia.
Swoją drogą, jaka miła pani. A ja taki półnagi, z nieogoloną piersią.
Czyścimy, mieszamy, nakładamy, trzymamy. 5 minut, dziesięć, piętnaście. Ok. Jeszcze tylko poskładać to pudło i odpalamy. (…) Hę, działa! Ja to jednak zdolny jestem. 🙂
No to napiszemy sobie bloga.
14.10.2004 at 17:17
Dzień dobry, jestem przedstawicielką firmy ubezpieczeniowej… No, Moon, daj się nabrać, pokaż klatę 😛
14.10.2004 at 17:17
A Ty byś mnie tylko kontemplowała. Biceps, klata, ciekawym co będzie następne? Może zacząć jakieś opłaty pobierać? Kupię sobie czerwone stringi, ogolę kufer, podejmę kolejną skazaną na niepowodzenie próbę nauki tańca i zacznę się obnażać (z tych stringów) przed rozochoconymi niewiastami. Bo widzę, że pełno się takich kręci po okolicy.
14.10.2004 at 17:17
Ja się trochę dalej kręcę… Ale jak czerwone stringi, to się może pofatyguję… 😛
14.10.2004 at 17:18
Octa, to może wynajmiemy busa? Będzie taniej, znajdzie się miejsce dla wszystkich… możemy też wydrukować ładne, kolorowe bilety i sprzedawać po 5,50 🙂
14.10.2004 at 17:19
Moon, ja czuję, że to może być niezła fucha dla konika. Biorę ta bileta wszystkie jak leci po 3,80 🙂
14.10.2004 at 17:20
Cordian: A może byś się ze mną do tańca zabrał? Laski Cię coś tam kiedyś agitowały na zdjęcia jakieś, więc sądzę iż stringi już masz. Może byśmy duet stworzyli? Albo skaptujemy jeszcze kogoś i założymy Devilish Trio. A bilety to nie po 3.80 ale po piętnastaku co najmniej. W końcu takich ciał co dzień się nie ogląda. 😉
14.10.2004 at 17:20
Moon, Te bilety, to ja od Estinki po 3,80 hurtem biorę, ale u konika idą minimum po 15 – jak powiedziałeś, więc spoko jest 🙂 Co do my duet, ew. trio z kimś-tam-jeszcze, to czemu nie, ale zaczynaj na razie Solo, bo primo: ja bilety puszczę, a potem wynajmiemy większą salę za tę kasę – tego tłumu, to tutaj byśmy na pewno nie opanowali; secundo – pokażesz klasę, a ja do tego jakiś choreograf-układ zmontuję, żeby nie było, że tylko tańce, hulanki, swawola 🙂 🙂