Przed sobą widzę duży, niestarannie ociosany z kory bal drewna. Przy nim siedzi Chłopiec. Chudy blondyn w szarym, zniszczonym ubraniu. W oczach widać wesołe iskierki. Wstaje i zaczyna ciągnąć kawał drewna, który jest prawie tak duży jak on sam. – Po co Ci to drewno? – pytam. Zamiast odpowiedzi opowiada mi o tym, że mieszka na zamku. Jego ojciec pracuje na ostatnim piętrze. W oczach nagle pojawia się strach; – Muszę lecieć – rzuca i zaczyna wlec drewno w kierunku zamku. Zamek jest wielki i ponury. Wydaje się być zupełnie pusty. Mimo to nie jest zaniedbany. Jest za spokojny i zbyt cichy. Pomagam Chłopakowi. Prowadzi mnie przez bramę, dziedziniec, a potem na prawo, do drzwi. Idziemy cały czas w górę, schodami, mijając komnaty i korytarze. Drewno zupełnie przestało nam ciążyć. Chłopiec wygląda na coraz bardziej zmęczonego i zdenerwowanego. Coś złego stanie się jeśli ojciec nie dostanie drewna na czas. W końcu dochodzimy na szczyt schodów. Przed nami rozpościera się długi, szeroki korytarz z mnóstwem drzwi na każdej ze ścian. Ostatnie po prawej stronie otwierają się. Wychodzi z nich człowiek. Ojciec Chłopca. Spogląda na nas i na drewno, które przynieśliśmy, macha do nas ręką po czym odwraca się i znika w komnacie, z której wyszedł. W jakiś sposób wiem, że tak właśnie ma być. Chłopiec łapie za drewno i rzuca się w drogę, którą przyszliśmy. – Szybko, mamy mało czasu – ponagla. Zbiegamy w dół mijając te same komnaty i korytarze. Wybiegamy na dziedziniec. Obiegamy budowlę i znikamy w drzwiach po drugiej stronie. Znowu schody, komnaty, korytarze. Spieszymy się. Chłopiec jest coraz smutniejszy i bardziej zmęczony. W chwili gdy dobiegamy na szczyt, do małej komnatki z jedynymi drzwiami na przeciwnej od schodów ścianie, następuje przemiana. Wprost czuję jak Chłopca i kawałek drewna wypełnia energia. Chłopiec znowu jest tym radosnym, uśmiechniętym dzieckiem, które widziałem na początku. – Co jest za tymi drzwiami? – pytam. – Tam pracuje mój ojciec – słyszę w odpowiedzi. Otwieram drzwi i zaglądam do środka. Jestem po przeciwnej stronie korytarza, do którego doszliśmy poprzednimi schodami. W oddali widzę Chłopca. Stoi z kawałkiem drewna, tak jak niedawno staliśmy oboje. Z tamtego miejsca nie widać drzwi, z których wyglądam. Jestem pewien, że stamtąd ich po prostu nie ma. Po mojej lewej stronie, niespełna dwa metry ode mnie, otwierają się drzwi. Wychodzi z nich ojciec Chłopca. Jest wysoki, szczupły, zasuszony. Przez otwarte drzwi zaglądam do wnętrza komnaty. Widzę tylko fragment zastawiony dziwnymi, drewnianymi maszynami i stosami papierów. Ojciec odwraca się w stronę chłopca, uśmiecha się i macha do niego. Stoi tak jeszcze przez chwilę, po czym wraca by zamknąć się w swojej komnacie. Chłopiec po drugiej stronie korytarza zbiega po schodach. Zamykam drzwi i odwracam się do Chłopca, który stoi za mną. – Dlaczego tak? – Tylko w ten sposób mogę zobaczyć się z ojcem. – Ale on jest tuż za ścianą. Choć, zaprowadzę cię. Łapię Chłopca za rękę i próbuję przeciągnąć przez drzwi. Wyrywa się z krzykiem i zbiega w dół schodów. Przez chwilę słucham jeszcze tupotu jego stóp. Gdy milknie, wychodzę na korytarz i otwieram drzwi do komnaty jego ojca. W komnacie, dookoła stołu zastawionego dziwnymi urządzeniami wirują cztery niewyraźne postacie. Ani śladu ojca…
14.10.2004 at 13:58
Wierszy i snów nie komentuję 🙂 W zamian za to dałem wpis mały do księgi. Pozdrawiam 🙂
14.10.2004 at 13:58
To była dobra-noc, która przyszła zbyt szybko…? :-))) Bardzo mi sie spodobało, Fikający… Dobrze, że pozwolili Ci wreszcie napisać :-)))
14.10.2004 at 13:59
Spróbowaliby nie pozwolić.
Ja tu się męczę, śnię i to wszystko miałoby iść na marne? Nigdy!
14.10.2004 at 14:00
A coś się ten wpis do księgi nie przebił jeszcze na światło dzienne. 😐
14.10.2004 at 14:00
Moon… musiał – ja go mam jakiś czas już. Mogę tu powielić, ale i tak mogą moderować, więc nie wiem, co to da, ale spróbujmy 🙂
Facetom się w zasadzie tylko prozą wpisuję i cholera, nic im nigdy nie rymuję, ale co tam, niech będzie wyjątek, no, taki nie do końca, taki mały wtrątek. Nie lirykiem lecz tekstem, chociaż podźwiękuje rym od czasu do czasu, jak go nie zbrakuje. Więc w meritum rzeczy przystąpiwszy, ujawniam co chcę wpisać w strony te przybywszy: Jedyne, co mnie trzyma na oglądaniu stronek jest blogowisko, o ile puszczone z postronek. Jak się będzie wiło na sznurku i nijak wyglądało, to też się zmywam i wracać się nie będzie chciało. Inteligencji, logiki, pomysłu szukam w świecie, a z tym jak jest – no sami dobrze wiecie. Więc skorom się wstrzymał w Moon dzieciątka progu, to się przywitam i lukam ku blogu, co znajdę, to przeczytam, czasem skomentuję, czasem, jak ochota, to lekko spuentuję. Warto zwiedzać miejsca co są ciekawymi, warto ku nim umykać, warto wpis było zrobić, teraz warto zmykać.
14.10.2004 at 14:01
Czekał będę z wytęsknieniem, bo wpis nie dość, że piękny, że wyjątkowy, to jeszcze próżność mą łechce subtelnie. A to miłe uczucie. 🙂 A jakby się przez zapory nie przedostał, to szczęśliwie mogę go sobie choć tutaj przeczytać.
14.10.2004 at 14:01
Nooo, wszyscy już mogą… A tu prawie pierwsza, i z rozwiązania konkursu nici… Ja się stanowczo domagam!!! 😛
14.10.2004 at 14:02
No i jak to zwykle, gdy nad czymś boleję,
Oni wnet naprawią i mi problem zwieje.
Gdym tą skargę składał, wpisu wciąż nie było,
Teraz jako pierwszy śmieje mi się w ryło.
14.10.2004 at 14:02
Ależ jak tak można? Rozwiązywać konkurs po pierwszej rundzie? Niech się gracze wszyscy zejdą. Niech sił spróbują. Wtedy rozwiążemy. No chyba, że cieszyłoby Cię tak łatwe zwycięstwo? 😛